"Ostatni dzień lata" – to zdaniem Martina Scorsese i wielu innych mistrzów obrazu – jeden z najwybitniejszych filmów w historii polskiej kinematografii. Dziś nie ma już z nami ani Jana Laskowskiego, który zmarł dokładnie miesiąc temu, ani Tadeusza Konwickiego, dla którego ostatnim dniem życia był 7 stycznia 2015 roku.

Czy w tym niezwykłym arcydziele jest jakaś modowa historia? Wydaje mi się, że tak, choć niewielka, niemal niezauważalna, jak jedno z miliona ziarenek piasku, które były scenografią do „Ostatniego dnia lata”…

„Ostatni dzień lata” to film głęboki i wielowarstwowy, opowieść o ludziach okaleczonych wojną. Ludziach, którzy – choć pragną miłości – nie mają na nią ani sił, ani odwagi… Dramat Jego (Jan Machulski) i Jej (Irena Laskowska) rozgrywa się na plaży i choć zdjęcia kręcono w plenerze, film jest bardzo studyjny, psychologiczny, niekinowy.

„Ostatni dzień lata” to filmowy debiut Tadeusza Konwickiego i operatorski debiut Jana Laskowskiego. To również jeden z najtańszych filmów w historii polskiego kina.

Jak to możliwe, że film nagrywany na przestarzałym i bardzo skromnym sprzęcie, na niewielkiej ilości taśmy filmowej i z mocno okrojoną ekipą (na planie było zaledwie pięć osób!) jest wciąż jednym z najlepszych w historii polskiego kina? Wciąż jest nie do podrobienia? Myślę, że to czułość! Nie chodzi tu tylko o głębię relacji między bohaterami, ale może przede wszystkim o czułość na czas! Bo dla mnie „Ostatni dzień lata” to nie tylko powojenna historia dwojga samotnych ludzi, ale opowieść o każdym „ostatnim..”. Wiele tu ciszy między jedną a drugą falą uderzającą o brzeg, wiele znaczeń, wiele pytań o sens i pytań o koniec.

I w tym wszystkim pojawiają się właściwie trzy modowe historie, stworzone przypadkiem, bez kostiumografa, bez konsultacji. Historie adekwatne do ostatniego dnia lata, bardzo naturalne.

Ona ma czarny kostium kąpielowy na odpinanych ramiączkach, czarną bluzkę z szerokim dekoltem w kształcie trójkąta. Ma wreszcie mocno rozkloszowaną i dopasowaną w talii spódnicę za kolano. Do tego duże pasiaste kieszenie, w których trzyma małe puzderko z lusterkiem. On ma czarny golf i czarne spodnie. Ta czerń to taki modowy przedsmak jesieni…

Niewiele tu mody, niewiele takiej, która wpłynęłaby znacząco na dalsze losy, zafascynowała ulicę lat pięćdziesiątych. To moda, która z pewnością w dużej mierze pochodziła z szaf aktorów „Ostatniego dnia lata”. Czy w tym świecie wysokich emocji, tęsknot i pragnień, które trawią bohaterów Konwickiego, strój ma jakiekolwiek znaczenie?

W jednej z początkowych scen Ona wychodzi z morza, nakłada kostium (zapina go bardzo powoli), a potem z równie wielką pieczołowitością układa na piasku pasiastą spódnicę, pod nią wkłada białe klapki. Kładzie się na plaży.

W innej scenie Ona rozpala ognisko. Ma na sobie czarną bluzkę i spódnicę. Poprawia włosy. Przegląda się w małym lusterku. Zza wydmy wyskakuje On. Ubrany jest w golf i spodnie, ale na szyi powiewa na wietrze zabawna apaszka – kowbojska bandamka. Oni wciąż się starają…

Ta modowa historia to kilka fragmentów w pośpiechu wybranej garderoby, która – jak się okazało na planie - w doskonały sposób kontrastowała z jasnością nadbałtyckiego piasku. Banalna, trzecioplanowa, niepozorna. Jednak właśnie to jest ta „czułość”, ten niuans, ta szczypta soli, która doprawia  „Ostatni dzień lata”.

Jeśli kiedyś wybierzecie się na plaże w okolice Szklanej Huty, niedaleko Lubiatowa, przypomnijcie sobie „Ostatni dzień lata” Tadeusza Konwickiego oraz Jego – Jana Machulskiego w czarnym golfie i spodniach z włosami zwichrzonymi morską bryzą oraz Ją – Irenę Laskowską – kobietę w plażowej i o wiele tańszej wersji sukni w stylu Grace Kelly z „Okna na podwórze”. I wreszcie pomyślcie o Janu Laskowskim – człowieku, który to wszystko „wyczuł” obrazem...