Jesień jak żona i zwyczajna cowboy girl

Gdy ktoś pyta mnie, którą porę roku najbardziej lubię, nigdy nie mogę się zdecydować. Uwielbiam wszystko, co różnorodne, kolorowe, zmiksowane. Lubię, jak świat wokół mnie się zmienia i zaskakuje swoją innością. Stąd chyba nie mam ulubionej pory roku. Wszystkie są piękne, każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter, klimat, temperament.

Jaka jest jesień. To taka żona ze starego małżeństwa. Na co dzień trudna, przygaszona, marudna, zamyślona. Jednak, jeśli dać jej choćby odrobinę światła, czułości, troski zamienia się w księżniczkę, anioła lub milion dolarów.

Właśnie taka była jesień pewnego dnia na Warmii. Dopieszczona ciepłymi promieniami słońca, wymuskana dymem z ogniska, wystrojona kolorami drzew co najmniej jak na Met Galę w Nowym Jorku.

Jesień z brzydkiego kaczątka zamieniła się w łabędzia, zaskakując mnie swoim pięknem. Na taki efekt WOW nie byłam kompletnie przygotowana. Zwyczajne jeansy i szary t-shirt – co to za stylizacja? Choć może każda inna byłaby śmiesznością na tle wielkookich, miodowych krów, pasących się beztrosko na jesiennych zielonych jeszcze pastwiskach…? Tak więc oto jest jesienna cowboy girl! Odrobiny elegancji dodały całości lakierowane mokasyny, które moim zdaniem z sukcesem odnalazłyby się w garderobie królowej Elżbiety II. Do tego granatowa marynarka i mój ulubiony czarny kapelusz, który zdecydowanie pasował do kowbojskich okoliczności przyrody. Wisienką na torcie była mała apaszka – bandanka.

Jeansy i marynarka – vintage

T-shirt – H&M

Mokasyny – TK Maxx

Kapelusz – vintage

Bandanka – vintage