Irysowa bufka i zachód w Jabłoni

Próbowałam rozstać się z nią już co najmniej kilka razy. Mijały kolejne lata, a ja dawałam jej kolejną szansę. Łączyło nas coś w rodzaju toksycznej miłości. O kim mowa? Właściwie to o czym, bo chodzi o bluzkę. Jedną z tych, które darzę szczególnym sentymentem, ale jednocześnie taką, która w sumie nie mogła się jakoś odnaleźć w mojej szafie. Do czasu. Do pewnego letniego i upalnego weekendu, podczas którego postanowiliśmy wyjechać na wycieczkę-ucieczkę, szukając chwili spokoju, ochłody, wody.

Tak oto trafiliśmy do Jabłoni – przepięknego miejsca w sercu Puszczy Piskiej, z jeziorem, które mieni się tysiącem kolorów jak kameleon, z pięknym zachodem słońca i dostojną rodziną łabędzi, które czują się tutaj jak u siebie.

Wszystko to (plus szklaneczka bezalkoholowej Pina Colady) towarzyszyły mi nad brzegiem jeziora. Mojej bluzce vintage – z bufiastymi rękawami, białymi guzikami i ogromnymi pomarańczowymi irysami na tkaninie – także. To był jej modowy debiut – po latach rozterek, chowania się głęboko w szafie, odejść i powrotów. Lato 2018 to dla niej nowy początek, choć z pewnością pamięta czasy mojego dzieciństwa.

Być może tak długo musiała czekać na swój debiut, bo pasuje raczej do tropikalnych klimatów, a w Polsce to przecież rzadkość. Nie licząc oczywiście tegorocznego lata! I właśnie może dlatego pojawiła się właśnie teraz, o zachodzie słońca, po upalnym, tropikalnym dniu nad brzegiem jeziora.

Gdy patrzę jak dobrze "irysowa bufka" odnalazła się w klimatycznym zachodzie słońca, myślę sobie, że czasami warto dawać ubraniom drugą szansę, a może nawet dziesiątą…

Bluzka – vintage

Jeansowe szorty – vintage

Sandały – Zara Kids

Kapelusz – H&M