Jeden dzień w Nowym Jorku

Choć rzadko widujecie MOJĄ SZAFĘ w wielkomiejskich przestrzeniach, nie oznacza to, że nie intrygują nie fascynują i nie hipnotyzują mnie miejskie dżungle, w których miesza się wszystko w idealnie wyważonych proporcjach. Każde wielkie miasto to tygiel ludzkich emocji, zjawisk, historii z przeszłości i teraźniejszości, owiany mgłą marzeń i pragnień setek tysięcy, jeśli nie milionów, istnień. To miejsca pełne symboli, które potrafią powiedzieć więcej, niż słowa.

Właśnie takim niezwykłym miejscem jest Nowy Jork, gdzie trafiłam kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Dzięki marce Reebok udało mi się nie tylko poznać Gigi Hadid i poczuć atmosferę nowojorskiego Soho, ale też dotknąć choćby na chwilę tego magicznego Manhattanu, o którym napisano tysiące książek, wyśpiewano setki piosenek i nakręcono dziesiątki filmów. Nie wszystkie znam, nie o wszystkich słyszałam, nie wszystkie obejrzałam, ale do tego wielkiego zbioru dokładam moją małą cegiełkę.

Zdjęcia, które widzicie, powstały podczas jednego przedpołudnia na Dolnym Manhattanie spędzonego w towarzystwie wytrawnego przewodnika. Mam nadzieję, że pomogą wam poczuć atmosferę przedświątecznego Nowego Jorku, ale nie tego z drapaczami chmur, choinką w Rockefeller Center czy Statuą Wolności.

Mój Nowy Jork to miejsce, pachnące kuchnią ze wszystkich stron świata, z poczuciem humoru i mnóstwem symboli, ozdobione setkami architektonicznych cacek, grające w uszach „Moon River”, szumiące szerokimi ulicami i ludzką rozmową. Pełne uśmiechów, zadbanych czworonogów i dobrze skrojonych płaszczy, ale też frasobliwych bezdomnych, zmęczonych staruszków i niegroźnych wariatów. To miejsce pełne pragnień skrzących się w oczach i szerokich uśmiechach, tlących się w zamyślonych twarzach, pulsujących na murach, słupach i w galeriach, migoczących za szybami luksusowych butików, z Woodym Allenem, Anją Rubik i Kate Marą, którą – tak po prostu – spotkać można na ulicy.

Zdjęcia: Ola Nagel / Bogdan Mścichowski